
Spotykam niedawno menedżera i mówi: "słuchaj, PZPN do Ciebie dzwonił". "Kto?" - robię wielkie oczy. Okazało się, że dostałem propozycję zagrania dla nich koncertu. Chyba chcą mnie wybadać, co ja jestem za gość, że tak po nich jadę bez przerwy. Sorry Winnetou, ale nie ma szans. W grudniu lecę na wakacje.
Fajnie, że kadra zagrała dwa mecze za Oceanem. Stany - OK., Ekwador - dramat, ale nie karciłbym Smudy, że znowu niczego nie wygrał. Momentami było naprawdę nieźle. Spotkanie w Chicago pokazało jedną fajną rzecz - to oni trzymali piłkę, nie Amerykanie. Niezła wymiana podań, zamek pod polem karnym rywala. Nie poznawałem gości.
Chicago zawsze będzie mi się dobrze kojarzyć. Mieszkałem tam dwa lata. Chodziłem na stadion na koncerty The Rolling Stones, widziałem na własne oczy, jak mocne jest tam środowisko piłkarskie. Był tam kiedyś nawet klub Jagiellonia. Typowy bar, pijalnia wódy i grania w bilard. Prowadziło go dwóch braci z Moniek, a od czasu do czasu wpadali nawet piłkarze - Czykiery i cała reszta. Jak tylko był mecz reprezentacji, to wszyscy się tam zbieraliśmy. Teraz obejrzeć spotkanie w pubie to łatwizna, ale kiedyś trzeba było walczyć z satelitą, żeby ściągnąć polski obraz. Przychodziło tam mnóstwo ludzi. Nie dziwi mnie więc, że teraz na meczu ze Stanami pojawiło się 20 tys. kibiców.
Remis 2:2 to bardzo dobry wynik. Bałem się, że skończy się tak jak z Andrzejem Gołotą, że co Endrju dostał wpierdol od Amerykanina, to Polacy nie chcieli pokazywać się w poniedziałek w robocie.
Więcej w "Magazynie Futbol"

genialne nawiązanie do postu :D:D:D

Janusz a pamiętasz jak klocka na panience postawiłeś w Radomiu bodajże?