
W firmie Google, po tym jak osiągnęła gigantyczny sukces, rozdano takie premie, że dziś 80 procent pracowników ma na koncie milion dolarów lub więcej...
Przyznam szczerze - nie rozumiem oburzenia, że działacze PZPN wypłacili sobie wielkie premie. Czy wielkie - kwestia do dyskusji. Jeśli wiceprezes PZPN za pół roku pracy w związku odbiera 80 tysięcy złotych to przepraszam, ale na kolana mnie to nie rzuca. Łatwo policzyć - jakieś trzynaście tysięcy na miesiąc. Brutto. Z dziesięć na rękę. Jakoś mnie to nie szokuje. Bardziej śmieszy. Bo te wszystkie związkowe dziadki myślą, że dorwali się do nie wiadomo jakiej kasy, a skasować potrafią tylko tyle, ile trzeba zapłacić za samochód średniej klasy. Żadna to fortuna - starczy na osiem metrów kwadratowych w niezłej dzielnicy Warszawy. Czyli, tak z grubsza, na kibel. O ile niczego nie wyda się na życie.
Jak dla mnie wiceprezes PZPN zarabiać powinien więcej - niech ma i 30 tysięcy miesięcznie, niech ma 50 tysięcy. Przy tych przychodach związku - czemu nie? Tylko niech pracuje. Jeździ - ale nie do domu, rzecz jasna. Spotyka się z ludźmi, wdraża jakiś mądry system, nad opracowaniem którego ślęczał dwa lata. Niech nie bredzi o rzutach rożnych, w których reprezentacja Polski ma przewagę i niech nie opowiada, że trener Polski jest lepszy od zagranicznego, bo 30 lat temu cudzoziemców do kraju nie wpuszczaliśmy i jakoś szło. Niech tworzy pozytywny wizerunek, czyli niech nie wywołuje odruchu wymiotnego każdą swoją obecnością w mediach. Fachowcom trzeba dobrze płacić. Zwłaszcza, gdy firma świetnie prosperuje. A PZPN - w sensie finansowym oczywiście - ma się zdumiewająco dobrze. Grzegorz Lato - jako prezes - też musi dostawać godziwe pieniądze. Bo jak ktoś ma podpisywać kontrakty na 100 milionów, to nie może zarabiać tyle, co opiekunka do dzieci. Tak jak opiekunce nie zapłaci się pięciu złotych, bo ukradnie kolczyki z szuflady, a w najgorszym razie puści dzieciaka samopas.
Sypanie kwotami to granie na najniższych instynktach. Rozpisuje się o tych premiach znany mi dziennikarz, a przecież w jego redakcji na ścianie wisi lista nagród. I tam jak byk: „2700 złotych dla fotoedytora za zabezpieczenie bazy”. Czyli - za przychodzenie do roboty. Za nic, tak w praktyce. Z tych dwóch premii - 2700 za człowieka, który pilnował, by nikt mu nie podwędził zdjęć oraz 13 000 dla wiceprezesa PZPN, w skład czego wchodzi też po prostu miesięczne uposażenie, bardziej zastanawia mnie ta pierwsza. A w zasadzie żadna - są wolne środki, przedsiębiorstwo generuje zyski, niech pracownicy też coś z tego mają. Podobno w firmie Google, po tym jak osiągnęła gigantyczny sukces, rozdano takie premie, że dziś 80 procent pracowników ma na koncie milion dolarów lub więcej. A parking wygląda tak: porsche, ferrari, mercedes, porsche, ferrari...
Sprowadzanie wszystkiego do pieniędzy mnie mierzi. Wszyscy mają mieć tyle samo, równo, mało? Już to chyba za nami. Wolałbym rzeczową dyskusję, czy wspomniane przeze mnie osoby to rzeczywiście fachowcy - czyli jakie są wobec nich wymagania i jakie oni mają pomysły, by tym wymaganiom sprostać. A przede wszystkim - czy stanowiska w PZPN są w ogóle potrzebne. Nie - jak opłacane i kim obsadzone. Ale czy potrzebne. Zamiast rozmowy, ile zarabia Piechniczek - rozmowa, czy w ogóle jest sens go zatrudniać. Jeśli jest - w porządku, płaćmy godziwie. Ale jeśli nie? No bo czy cokolwiek w naszej piłce by się zmieniło, gdyby wiceprezes PZPN był tylko jeden, a nie pięciu? Gdyby Wydział Szkolenia nie istniał? Gdyby zarządu nie było? I gdyby Łazarek nie był przewodniczącym „komisji wysokiego wyczynu” (co to do cholery jest i kto jest szefem komisji niskiego wyczynu?). W polskich realiach wyobrażam sobie PZPN jako firmę, w której pracuje może pięć osób - prezes, wiceprezes, rzecznik prasowy i ze dwie sekretarki, zwane dumnie asystentkami. Tyle osób wystarczy, by raz na dziesięć lat podpisać umowę ze Sportfive.
Wcześniej napisałem, czego od wiceprezesa PZPN oczekuję, ale tak naprawdę to… nie oczekuję niczego. Na siłę próbowałem wymyślić coś, czym mógłby się zająć - zamiast nie robić nic, jak teraz. Ale tak naprawdę taki Piechniczek nigdy nie będzie - w sensie pracy w PZPN - osobą pożyteczną, bo po prostu nie ma nic do roboty. Przecież on nie ma żadnych zadań, żadnej odpowiedzialności. To smutna dla niego informacja, ale gdyby jednego dnia nagle przepadł jak kamień w wodę, nasz futbol niczego by nie stracił. Antka widziałeś? Nie, już z miesiąc go nie było!
I bez Olkowicza dalibyśmy radę. Bez Bugdoła. Bez Grenia. Matusiaka. Engela. Istnieje przecież coś takiego jak outsourcing. W razie natłoku zajęć nie do ogarnięcia, można skorzystać z firmy zewnętrznej, podnająć ludzi. Lepsze to niż tworzenie machiny administracyjno-urzędniczej, o czym cały świat już się dawno przekonał. I myślę, że bardziej w tym kierunku powinny iść reformy, a nie w stronę wyliczania, kto wziął od kogo więcej premii i kto zarobił dwa tysiące więcej.