
Czy oszukanie rywala przy uprzednim załatwieniu ślepoty u sędziego jest zdecydowanie czym innym niż oszukanie rywala przy liczeniu na ślepotę (bez jej gwarancji)?
Problem stary jak piłka nożna - na co można sobie pozwolić, walcząc o zwycięstwo. Linia oddzielająca cwaniactwo od oszustwa jest bardzo cienka, czasami niezauważalna. Dla jednych Thierry Henry to już zwykły złodziej, dla innych piłkarz, który znalazł się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. I zachował się tak, by jego zespół zwyciężył. Dla mnie cwaniactwem dziś w futbolu określa się oszustwa zgodne z naszymi życzeniami. Kibicowaliśmy Francji? Cwaniactwo. Kibicowaliśmy Irlandii? Oszustwo. Lubimy Maradonę? Cwaniak. Wolimy Pelego? Oszust.
Pójdźmy dalej. Czy świadome zagranie piłki ręką, tak, aby nie widział sędzia, obliczone na niezgodne z przepisami zdobycie gola różni się czymś od przekupienia sędziego? Czy symulowanie w polu karnym można porównać z łapówką dla rywala? W jednym i drugim wypadku chodzi przecież o wygranie niezgodne z obowiązującymi zasadami, kwestia skali i ordynarności występku. Zagranie Maradony w meczu z Anglią było genialne, czy tylko obrzydliwe? A może usprawiedliwić się da je okolicznościami, rangą spotkania, otoczką w stylu wojny na Falklandach? Wiadomo, że zależnie od wielu czynników zmienia się kodeks moralny (co fantastycznie opisał Gustaw Herling-Grudziński w powieści „Inny Świat”). Więc wygodnie byłoby stwierdzić, że w wielkim meczu małe oszustwo się nie liczy. A w meczu największym to i spory przekręt da się usprawiedliwić.
No tak - ale idąc tym tropem usprawiedliwić można wszystko. Zawsze interesował mnie casus Legii z 1993 roku, która - jak się wydaje - kupiła mecz z Wisłą Kraków. Mogła nie kupić - to jasne. Ale wiadomo było, że kupuje też ŁKS i wówczas uczciwy skazywał się na przegranie walki o mistrzostwo Polski. Kupienie meczu oznaczało triumf w całych rozgrywkach oraz - jakkolwiek dziwacznie by to zabrzmiało - zachowanie sprawiedliwego układu tabeli, obowiązującego przed „niedzielą cudów”. Z kolei granie uczciwie było zgodą na to, by mistrzem została drużyna dążąca do rozstrzygnięcia ligi w sponsorowanej strzelaninie. Dylemat moralny jest więc spory i każde z rozstrzygnięć pachnie brzydko. Wybieranie mniejszego zła zawsze dla idealistów jest katorgą. Ostatecznie, jak to w życiu, wybrano wariant: ja oszukuję, ty oszukujesz, niech wygra lepszy. No i, po decyzji PZPN, mistrzostwo przypadło Lechowi, który - gdyby widział sens oszukiwania w ostatniej serii spotkań - też by przecież oszukiwał.
Wróćmy więc do Henry’ego - mógł czy nie mógł? Można podciągnąć zagranie ręką pod ambicję czy nie? Jeszcze raz przytoczę tezę dla niektórych czytelników na pewno za mocną - czy oszukanie rywala przy uprzednim załatwieniu ślepoty u sędziego jest zdecydowanie czym innym niż oszukanie rywala przy liczeniu na ślepotę (bez jej gwarancji)? Chyba nie, tak mi się zdaje. Porównać to można do kradzieży telewizora ze sklepu po dogadaniu się z ochroną z kradzieżą zupełnie spontaniczną. Próbuję trochę wszystkim zamęcić w głowach, zmusić do myślenia, ale czy nie mam racji?
Mam problem z Henrym, bo kiedy pada pytanie, jak ja bym się zachował w takiej sytuacji, nie jestem w stanie odpowiedzieć - być może równie podle. Ale mam też ten komfort, że w podobnej sytuacji nigdy nie będę i mogę się mądrzyć z gazetowych łamów. Gdyby Henry zagrał piłkę przypadkiem - nie miałbym do niego najmniejszych pretensji. Ale on to zrobił celowo, pospieszany bezlitosnym stadionowym zegarem, odmierzającym Francuzom czas pozostały w walce o mistrzostwa świata. Cel uświęcił środki. Czy korupcja nie jest też uświęcaniem środków? Tylko bardziej po chamsku, bez trzymanki?
W piłce nożnej ktoś kiedyś wymyślił zasady, wedle których rozgrywa się wszystkie mecze na świecie. Nie można uznać, że niektóre te zasady, w niektórych okolicznościach i w obliczu wielkich pieniędzy nie mają znaczenia. Ale niestety, do Henry’ego, co zrozumiałe, widocznie nie dotarły słowa Władysława Bartoszewskiego: nie zawsze opłaca się być uczciwym, ale zawsze warto. Francja i tak nie zostanie mistrzem świata, a Henry mógł zapewnić sobie sportową nieśmiertelność. Wybrał wycieczkę do RPA. Można i tak. W związku z tym zapytam - jaka jest różnica między Henrym a Wdowczykiem? Odpowiedzi proszę nie przesyłać, tylko się tak mocno w głębi duszy zastanowić.

czytaj wiecej na weszlo.com

Niestety nie mogę się zgodzić z Panem. Oczywiście zgadzam się, że Wdowczyk i Henry w drodze oszustwa odnieśli zwycięstwo - nie fair ale to inna sprawa. Wina Henry`ego jest zdecydowanie mniejsza od Dariusza W. (chyba tak powinienem pisać). To jakby porównać Napad na bank przy użyciu broni palnej i zastraszenia z sytuacją gdy przechodniowi wypada 20 złotych i tego nie zauważa a TY je podnosisz.... zwrócisz je czy zachowasz dla SIEBIE? Henry zachował dla siebie a mógł zwrócić. Henry jest zawodnikiem Francji- jego cel pokonać rywala. Jak to zrobi? Nieważne! Od pilnowania zasad na boisku jest SĘDZIA i to jest jego błąd. Henry zapewnił sobie sportową nieśmiertelność. Będziemy to pamiętać jeszcze przez lata jak "boską rękę" Diego Maradony. Tylko szkoda, że będziemy (szczególnie Irlandczycy) to tak pamiętać, bo nie o taką nieśmiertelność chodzi...